BC
poniedziałek, 31 marca 2008
22:03:30
Bo myLog zwiesza się wtedy, kiedy nie potrzeba.
Notka będzie jak napiszę xD
komentarze [0]...że ile?
poniedziałek, 14 stycznia 2008
22:10:27
Ziewnąłem.
Słońce świeciło mi prosto w twarz, a ja musiałem uznać to za okoliczność usprawiedliwiającą wstanie. Ale w komnatce było chłodno, a mnie się nie chciało wyłazić spod ciepłej kołderki. Leżałem sobie chwilę, przytulony do poduszki, i tylko kląłem rozsypujące się wszędzie włosy. Naprawdę, zdenerwuję się kiedyś i je obetnę.
Przypomniałem sobie jednak, jaki cyrk zrobiła Lilia, jak przyszło do zwykłego podcinania końców, i dałem sobie spokój z planowaniem poważnej zmiany fryzury.
A tak właściwie, to gdzie jest Lilia i która godzina?
Zerknąłem na zegar, wiszący na ścianie. Siódma. Aha. No to nic dziwnego, że jej nie ma, ale chyba w sumie wypadałoby wstać.
Bohatersko zrzuciłem z siebie kołdrę, jakoś przeżyłem szok termiczny i usiadłem, przeciągając się lekko.
-Dzień dobry, kochanie.- powiedziała Arinae, materializując się znikąd na środku pokoju.- Wszystkiego najlepszego.
-Co?- nie zrozumiałem. Lilia westchnęła ze spokojną rezygnacją, podeszła do mnie, po drodze biorąc grzebień z toaletki i przyklęknęła na łóżku za moimi plecami. Zajęczałem w duchu.
-Ty naprawdę nie pamiętasz, że kończysz dzisiaj dwadzieścia jeden lat?
-Ile?- przeraziłem się.- Matko, jaki ja już stary jestem…
-Co proszę?
-Nie, nic.- zamknąłem się posłusznie i dałem sobie rozczesać włosy, a następnie związać je w kucyk. Lilia chyba darowała sobie próby nauczenia mnie chodzenia w rozpuszczonych włosach.
Objęła mnie za szyję i przytuliła policzek do ucha.
-Nevan?
-Mmm.
-A co byś powiedział na malutki wypad za miasto?
* * *
Lilia jest geniuszem.
Jej Faris i mój Logan spokojni skubały trawę na skraju polanki, a my siedzieliśmy sobie na kocyku, rozłożonym na tejże. Arinae - doprawdy nie mam pojęcia, jak i kiedy ona to zrobiła - w środku zimowego lasu stworzyła wiosenno-letnią enklawę spokoju.
A spokój był mi teraz najbardziej potrzebny, po tym, co się dzieje w Pałacu. Córka Ethana wciąż nie została znaleziona i zarówno on, jak i Valentine powoli zaczynają tracić nerwy i nadzieję.
Na szczęście Devon jest bezpieczny, daleko w Lann.
Westchnąłem lekko.
-Nevan?
-Mhm?
-Podoba ci się?
-Bardzo.- uśmiechnąłem się do niej. Wyciągnąłem rękę, chwyciłem ją za nadgarstek i przyciągnąłem do siebie.- Najbardziej mi było trzeba właśnie odrobiny spokoju.
-Wciąż nic nie wiecie, prawda?- wyszeptała po chwili, tuląc się do mojego ramienia. Odetchnąłem.
-Nic.- mruknąłem.- Zaczynam się poważnie niepokoić. Wiem, że Valentine szuka na własną rękę, a o akcjach Ethana wolę nie wiedzieć. Cahir chyba z głową zagrzebał się w papierach, zastanawiam się, jak on to wytrzymuje.
-Co, nie radzi sobie?
-Skąd.- zaśmiałem się krótko.- Jest świetny. Ma naprawdę genialną pamięć. Prawie jak Rhein, naprawdę.
Lilia milczała.
-Nevan?
-Mhm?
-Kocham cię.
-Wiem. Ja ciebie też kocham.
* * *
Do Pałacu wróciliśmy wieczorem i natknęliśmy się na Vardę, która wyraźnie zmierzała ku wyjściu.
-Dzień dobry.- powiedziała, poprawiając sobie plecak na ramieniu. Ubrana była w mundurek, to znaczy, białą bluzkę i kusawą plisowaną spódniczkę w znośnym odcieniu granatu.- Wszystkiego dobrego, Nevan.- wręczyła mi małą paczkę.- Wpadłam tylko na moment, pocieszyć brata.- wyjaśniła, odpowiadając na nie zadane pytanie.- Nie mogłam wiele pomóc, zaklęcia naprowadzające macie już dawno za sobą.
-Vardo…- powiedziała Lilia, jakby nagle ją olśniło.- Jesteś genialna!
-Hę?
Ale Arinae już poleciała. Wzruszyłem ramionami, Rhein zaśmiała się, klepnęła mnie w ramię i poszła.
Podążyłem za Lilią i znalazłem ją w gabinecie Letheana, zakopaną w stercie papierów. Kartki fruwały po całym gabinecie, a Lethean, moim wzorem, starał się ni zwracać na to uwagi. Cahir, przycupnięty przy oknie i opatulony po uszy w kocyk, czytał coś.
-Znalazłam!- zapiszczała Lilia, ledwie wszedłem i zamknąłem drzwi. Wygrzebała się z papierów i poleciała do biurka Letheana.- Masz.- tknęła papier palcem.- Czytaj.
-To jest formuła zaklęcia.- powiedział po chwili.- Co to robi w moim gabinecie?- zainteresował się po kolejnych piętnastu sekundach. Załamałem się.
-Nieważne, co robi!- poinformowała go Arinae.- Ważne, że jest. A wiesz, co to za zaklęcie?
-Pojęcia nie mam.- odparł spokojnie, odsuwając papier.
-Nevan?
Podszedłem.
-To jest typowe zaklęcie szpiegujące…- stwierdziłem.- Takich się uczy na pierwszym roku.
-Więc?
-Więc…- poddałem się.- Twój geniusz mnie przeraża.
-Czy mi się wydaje, czy bramy budowane są stopniowo?- odezwał się Cahir ze swojego kąta.
-BINGO!- wrzasnęła Lilia.- A to znaczy, że…?
-Że…?- powiedzieliśmy chórem z Letheanem.
-Wystarczy przerobić skrypt zaklęcia, dodać parę rzeczy, jedną poprawić - ktoś się walnął o runę tutaj, o ile dobrze widzę - dwie czy trzy odjąć… Co ta siła tutaj robi? A zresztą, nieważne. Więc, trzeba to wszystko zrobić, opisać, napisać, przepisać i mamy.
-Okay…
Lilia uśmiechnęła się do nas i wyleciała.
W pokoju zapadła cisza.
-Wiesz co, Variel?- odezwał się po chwili Cahir, wstając, ale nie puszczając kocyka.- Macie z Ari jedną rzecz wspólną. Oboje jesteście zbyt mądrzy jak na nasze standardy.
Lethean tylko pokiwał głową.
komentarze [2]^___________________^
sobota, 24 listopada 2007
15:46:12
-Daaaamn!
Lilia wyjrzała zza drzwi.
-Stało się coś?- zapytała rzeczowo, patrząc na bajzel, jaki w najlepsze robiłem na podłodze.
-Nie, kochanie.- mruknąłem.- Nie przeszkadzaj sobie.
-Zapomniałeś o czymś.- stwierdziła po krótkiej chwili namysłu.
Czy ona MUSI mnie tak dobrze znać? Usiadłem na podłodze i rozczochrałem sobie włosy. Patrzyła na to ze spokojem, oparta ramieniem o framugę. Devon, z palcem w buzi, stał obok, przytrzymując się jej spódnicy.
-To…- zawahała się.- O czym zapomniałeś?
Wstałem i zacząłem otrzepywać spodnie.
-Wczoraj był dwudziesty trzeci.- powiedziałem, kopiąc jakąś bogom ducha winną książkę.
-Nie kop książek.- upomniała mnie.- I co z tego…? A… Ach.
Spojrzałem na nią ponuro.
-No, wiesz.- powiedziała, schylając się i wyjmując Devonowi palec z buzi.- Nie sądzę, żeby Król tak się przykładał do tego, że kończy osiemnaście lat, prawda? Varda nie przyjechała?
Potrząsnąłem głową, wzruszyłem ramionami.
-Nic mi o tym nie wiadomo, ale ją to zaraza wie.- zacząłem zbierać papiery z podłogi.- Może przyjechała w mundurku i nie chcą robić z tego sensacji, może nie przyjechała w ogóle. Naprawdę, nie mam pojęcia.
Lilia westchnęła.
-Zdziwisz się, ale trochę się za nią stęskniłam.- powiedziała, a Devon znowu wpakował sobie do buzi palec.- Bez niej jest w kraju jakoś tak… spokojnie.
-Co to, to racja.- wyprostowałem się z naręczem papierów.- Ale ja jakoś nie tęsknię do kłopotów.- uśmiechnąłem się do niej i zaniosłem papiery do gabinetu. Lelai podniosła Devona, wyjęła mu palec z buzi i poszła za mną.
-Mam pomysł.- powiedziała, siadając w fotelu z Devonem na kolanach.- Zbierzemy się, pojedziemy do Lann i powiemy Ethellowi, że Devon był chory.
-A był?- wystraszyłem się.
-Tak, miesiąc temu, na katar.- mruknęła.- Ale Ethell o tym nie wie.
-Raczej.- uzupełniłem i westchnąłem.- Będzie trzeba się rzucić mu do nóg i błagać o przebaczenie…
Arinae spojrzała na mnie dziwnie. Devon wpakował do buzi całą rączkę i też wlepił we mnie te swoje mądre ślepka rocznego dziecka.
-…o ile już pozbył się kaca.- dodałem po chwili i Lilia zaczęła się śmiać.
* * *
Nie wiem, czy Ethell pozbył się kaca. Nie znalazłem go w jego gabinecie, ale za to Varda była, rozchichotana i z nogami w glanach na jego biurku. Widać, że przyjechała niedawno, ale co ona tu robi? Znaczy, w gabinecie Króla?
-Czekam na niego.- powiedziała wesoło, odgadując moje myśli.- A ty tu czego?
-Er…- powiedziałem.
-A, nie ty jeden zapomniałeś.- machnęła ręką.- Eth uznał do za dopust boży i postanowił wybrać się incognito do miasta.
Nie chcę wiedzieć, skąd ona to wie.
-Powiedział mi.- założyła łokcie za głowę.- Jednak miałam rację, ta przerwa doskonale nam robi…
Pokiwałem głową i wyniosłem się stamtąd.
-Ona ma zawsze rację.- zamruczała Lilia.- To się robi denerwujące.
Roześmiałem się i objąłem ją ramieniem. Powoli poszliśmy w stronę Orchidei, bo Lilii się przypomniało, że chciała coś sprawdzić. Po drodze, rzecz jasna, natknęliśmy się na Threaten.
-O.- powiedziała.- Variel.
-Dzię dobry.- mruknąłem. Lilia spojrzała na Theę i stwierdziła, że ona sobie pójdzie pracować, a my się mamy nie pozabijać.
-Tego ci obiecać nie mogę.- powiedziała Thea ze słodyczą w głosie i zmierzyła mnie spojrzeniem. Lilia spojrzała na mnie z ciekawością i niepokojem, wzruszyła ramionami i poszła.
-No, generale.- powiedziała Threaten, krzyżując ramiona na piersi.- Trzy Róże, no, no. Gratulacje.
-O czym ty gadasz?- zdenerwowałem się.
-Nie wiesz?- zdumiała się teatralnie.- Za zasługi dla kraju zostałeś odznaczony Orderem Trzech Róż.
Zacząłem się śmiać.
-Niedługo braknie mi miejsca na te ordery.- powiedziałem wesoło i poleciałem dogonić Lilię.
komentarze [2]CD
sobota, 27 października 2007
22:16:11
Notka bd jak napiszę :3
komentarze [2]Enter the Nightmare Millenium :3
sobota, 25 sierpnia 2007
17:08:43
Podróż z Lann do Arimey trwa jakieś dwie godziny, jeśli ma się szybkiego konia. Na moje szczęście Logan był bardzo szybki, więc cała trasa zabrała mi półtorej godzin z drobnym hakiem. Na miejscu powitała mnie jakaś taka nieco nerwowa atmosfera. Stwierdziłem, że i ma sensu ganiać po całym Pałacu i obrałem kurs na mieszkanie Ethana.
Ethana nie było, za to Valentine była.
-Dzień dobry, generale.- powiedziała spokojnie znad jakichś koroneczek.
-Dzień dobry, Valentine…- odparłem nieco niepewnie.- Ethana nie ma?
Uniosła głowę i spojrzała na mnie nieruchomo.
-Nie ma.- przyznała po chwili.- Jest u Cahira albo gdzieś.
Milczałem. Zwłaszcza mi się to „albo gdzieś” podobało, ale przecież jej tego nie powiem. Nie wypada. A jak dojrzeje do tego, to może mi powie, o co chodzi.
-Bo Cahir miał ciężkie przeżycie i potrzebuje Ethana bardziej niż ja.- dorzuciła Valentine po kilku minutach. Pokiwałem głową.
-Fajnie.- mruknął.- A wiesz, czy poza tym coś się dzieje?
Valentine wolno odłożyła robótkę i spojrzała na mnie przeciągle.
-Nic się nie dzieje.- powiedziała z lodowatym spokojem.- Co ma się dziać? Lethean pewnie znów wpadł w depresję. Ja nie wiem, ja tu wpadłam tylko na chwilę, naprawić Carlotcie sukienkę, i znów wyruszamy w miasto.
Aha. Podziękowałem jej i wyszedłem, nie chcąc przeszkadzać. Zastanowiłem się chwilę. Ethan co prawda coś pisał, że przenieśli Cahira, i że Cahir czuje się jakby trochę źle, ale uznałem, że nieco histeryzuje. Ethan ma lekkie skłonności do histerii… ale sprawa zaczęła wyglądać poważnie.
Nie było trudno odnaleźć mieszkanie kata. Poprowadziła mnie pierwsza lepsza pokojówka.
* * *
-Och, Cahir.- westchnąłem ciężko.- Weź się w garść.
Milczał. No, dobra. Skoro nie po dobroci, to po złości.
-Chyba nie zamierzasz spędzić tutaj reszty życia, co?- przekrzywiłem głowę, patrząc na niego uważnie.- Po pierwsze, pracować trzeba. Po drugie, mężczyźnie nie przystoi mazać się jak dziewczyna.
-Variel, przestań.- jęknął.- Ja naprawdę nie mogę.
-Wścieknę się zaraz.- warknąłem.- Możesz, tylko ci się nie chce spróbować. Kiedy ty ostatnio widziałeś czekoladę?
-N-nie wiem… dawno.
-No i mamy efekt.- westchnąłem ciężko. I zapadła cisza. Cahir bawił się swoimi włosami, opuszczając nisko głowę, a ja zastanawiałem się, kiedy wreszcie zacznie mówić. Nie potrwało to długo. Jakąś godzinę. Jąkając się i urywając, powiedział mi, co się stało.
Wstałem i usiadłem obok niego na łóżku.
-No, płacz.- mruknąłem.- Wypłacz się raz, a porządnie.
-Ale… ale ja nie chcę być taki słaby!- wybuchnął.- Nie chcę tego! A nie umiem… nie wiem, co…
-Ty, Cahir, nie jesteś słaby.- przerwałem mu spokojnie.- W żadnym wypadku. Po prostu nie widzisz swojej siły. Mówiłem ci: ja umiem się obronić i nic więcej. Siła to nie tylko machanie mieczem i rozwalanie innym głów o ściany.- uśmiechnąłem się do niego lekko.- Masz charakter, nawet powiedziałbym: charakterek, chociaż, przyznaję, do mojej Pani ci trochę daleko… I nie myśl, że nie jesteś silny, bo tak nie jest.
Cahir milczał.
-Po porostu ta idiotka wiedziała, jak cię podejść, ale to kładłbym raczej na karb ilości jej podbojów niż jakieś twoje wady.- mruknąłem.- Trzeba było zapomnieć, że to dziewczyna, rzucić savoir-vivre w kąt i dać jej w łeb raz, a dobrze. Kup sobie kastet.
-Ka… stet?- zdumiał się.
-Uhum.- pokiwałem głową.- Takie coś, co zakładasz na palce, a jak walniesz, to nie ma co zbierać.
-Variel…- znów się rozpłakał.- Ty jesteś mądrzejszy niż ustawa przewiduje…
Spojrzałem na niego i zacząłem się śmiać.
-Chciałbym, żeby mój syn wyrósł na taką dzielną istotę jak ty.- powiedziałem jakiś czas potem na odchodnym. Cahir zaróżowił się i pokiwał nieśmiało głową.
* * *
Cóż.
Długo kłamać nie mógł.
-Czy mógłbyś mnie… puścić?- zasugerował Ethan zduszonym głosem. Puściłem go. Odkaszlnął, wsuwając palce za kołnierzyk koszuli, i spojrzał na mnie z lekkim poczuciem winy.
-Lethean powiedział, żebym lepiej nikomu o tym nie mówił.- powiedział jakby nieśmiało.- A ty chyba podpadałeś pod definicję… znaczy, zamierzałem ci o tym napisać, ale wiesz… nie miałem czasu i jakoś tak… Ale… no, wiesz i nie patrz tak na mnie!!
Odwróciłem wzrok.
-Wiesz chociaż, co się stało?
-Uhum.- pokiwał głową.- Jakiś łowce jednorożców się na nią uwzięły i uciekała przez kilka…naście… światów.
-ILE?!- ryknąłem.
-Nie wiem!- odwrzasnął, machając rękami.- Nie powiedziała! Nikt jej nie wypytywał przecież! Ty myśl trochę, generał!
Odetchnąłem.
-Dobra.- mruknąłem.- Przepraszam.
-No prob.- westchnął.- Przecież rozumiem. A teraz idź do niej, tylko nie budź, bo mnie Tamirao zabije.
Nie uznałem za stosowne wyprodukować z siebie komentarz, minąłem Ethana i cicho wśliznąłem się do pokoju.
O, bogowie.
Ugh… niech no ja dorwę w swoje łapki te cosie, to zrobię im taki chrzest, że wybacz. Ale to poczeka, poczeka… Teraz tu sobie grzecznie przycupnę obok łóżka i spokojnie poczekam, aż Lelai chociaż trochę dojdzie do siebie i będzie się dało coś z niej wyciągnąć.
komentarze [1]Kryzysik
środa, 15 sierpnia 2007
19:11:28
-Czasem się zastanawiam, po kiego grzyba wyszłam za mąż.
Spojrzałem na Vardę niepewnie. Już od jakiegoś czasu jej małżeństwo miało jakby lekki kryzys, ale takiego oświadczenia się po niej, bądź co bądź, nie spodziewałem. Królowa siedziała w moim gabinecie, opierając stopy o biurko, i ponuro wpatrywała się w nadgryzione jabłko. Wyglądała tak, jak powinna wyglądać sfrustrowana nastolatka. No, cóż. Varda ma tylko szesnaście lat, czyż nie?
-Ethella całymi dniami nie ma, a ja naprawdę nie mam co robić…- ciągnęła, wywiercając wzrokiem dziurę w jabłku. Niemal słyszałem syk gotującego się soku.- Dzieci są pod opieką opiekunek, a Ailan się dziwnie na mnie patrzy, kiedy sama próbuję się nimi zająć. A przecież sama opiekowała się Reganem…- westchnęła.- Chociaż to mogłoby być wytłumaczenie, dlaczego Regan jest psychiczny.
-Vardo…- jęknąłem cicho.
-Przecież żartuję.- rzuciła mi krzywe spojrzenie.- Ale wiesz, o co mi chodzi?
-Wiem.- wycedziłem zza zaciśniętych zębów.
Lilia od prawie dwóch miesięcy niemal nie dała znaku życia. Ja musiałem wrócić do Lann, bo już wstyd mi było, ale chciałem, by przyjechała ze mną. Trochę się o to posprzeczaliśmy, ale nie rozstaliśmy się w gniewie - na szczęście. Bo ona musiała zostać tam w Venare. Tylko… tylko tak cholernie za nią tęsknię.
-No, jakoś to będzie.
Obcasy stuknęły o podłogę i Varda wstała, przeciągając się kocio.
-Idę pomęczyć kogoś innego.- poinformowała mnie.- Może Threaten…
I wyszła. Pokręciłem głową. Varda ostatnio zachowuje się bardzo dziwnie, zupełnie jak nie ona. Jakby… jakby coś rozważała.
I wieczorem dowiedziałem się, co rozważała. Swoim ostrzeżeniem powaliła wszystkich.
* * *
Kucharkom chyba też się nudziło i przygotowały nie kolację, ale małą ucztę, nawet jak na standardy Pałacu. Ostrożnie dźgnąłem podejrzanie wyglądające coś, które, dźgnięte, zatrzęsło się ślimaczo. Aha, dobra, wiem. Karawana z Belfastu. Zdecydowanym ruchem przysunąłem sobie półmisek z mięskiem.
-Wracam do szkoły.
Zamarłem w bezruchu i wolno spojrzałem na Vardę.
Królowa Matka miała nieodgadniony wyraz twarzy, Ethell natomiast był wyraźnie zdziwiony. Threaten o mało się nie zakrztusiła, kilku stale mieszkających w Pałacu arystokratów kaszlało, tylko jeden wytrzeszczał na Vardę oczy.
-Ale… Vardo, jak to…?- odezwał się Król po dłuższej chwili. Varda odłożyła sztućce.
-Normalnie.- odparła, nie patrząc na niego.- Pierwszego września jadę do Akademii.
-Ale tu czy na Ziemi?
Varda milczała chwilę, obracając w palcach puchar z winem. Uniosła naczynie i powoli wypiła łyk. Ponad krawędzią kielicha spojrzała swemu mężowi w oczy.
-Na Ziemi.
O rety. Chyba musieli mieć naprawdę ze sobą kłopoty, skoro Ethell nic o tym nie wie, a Varda wybywa aż na Ziemię.
-Zostałam już przyjęta na szósty rok.- ciągnęła Królowa spokojnie, z powrotem biorąc sztućce.- Zdałam wstępne pisemne egzaminy i mam potrzebne zaświadczenia. Wizę angielską, paszporty, inne bzdury, wszystko mam. Jeszcze tylko będę musiała pojechać na Ziemię nabyć podręczniki, ale to kwestia kilku dni, więc…- wzruszyła ramionami i włożyła sobie do ust kawałek jakiejś zieleniny.
Czułem, że mam otwarte usta, więc zamknąłem je szybko i rozejrzałem się po stole. Arystokracja wyraźnie już doszła do siebie, bo wrócili do jedzenia, ale wymieniali szeptem jakieś uwagi. Varda spokojnie jadła, Ethell siedział jak posąg i tylko na nią się gapił. Threaten przechyliła się do Królowej Matki i dyskutowały szybko w jakimś narzeczu. Którego nawet nie umiałem rozpoznać.
Wreszcie Król nie wytrzymał. Wstał, a krzesło zgrzytnęło ostro po posadzce. Varda nie zareagowała, a Ethell wyszedł, wyraźnie wzburzony. Postanowiłem, że utnę sobie z nim małą pogawędkę, ale to później. Teraz byłem wściekle głodny.
* * *
-Ale dlaczego nie przyszła z tym do mnie?!
Porcelanowa figurka w gwizdem przecięła powietrze i znalazła swój koniec na ścianie. Obserwowałem to spokojnie, a Ethell się wściekał.
-Sam mi powtarzasz, ze ostatnio nie masz dla niej czasu.
-ALE MOGŁA COŚ POWIDZIEĆ!!
-Kiedy?- zapytałem rzeczowo.- Widziałem, o której wychodzisz i o której wracasz. Mam wrażenie, ze jej unikasz i ona chyba też tak myśli… więc łaskawie zostaw moje figurynki w spokoju, bo jak Arinae je tak znajdzie, to się rozzłości.- wyciągnąłem rękę i pstryknąłem palcami. Odłamki porcelany, porozrzucane po całym pokoju, zebrały się w cztery figurki, które łagodnie wylądowały na kredensie. Ethell patrzył na to ze złością, ale posłusznie opadł na drugi fotel.
-Mam wrażenie, że Rhein podjęła już decyzję i żadna awantura jej nie zmieni.- kontynuowałem spokojnie, podnosząc się i zmierzając w stronę biblioteczki.- Cóż, to zrozumiałe, że chce się uczyć; zawsze była ambitna, a to, co z nią robi Threaten, to stanowczo za mało.
-ALE DLACZEGO?!
-Bo robi to sama, i na dodatek Thea nie chce jej uczyć teorii, czyli co najbardziej nasza Rhein lubi, tylko samej praktyki uzdrawiania…- przesuwałem palcem wzdłuż grzbietów książek, przekręcając głowę, by móc odczytywać tytuły.- Varda potrzebuje normalnej szkoły, normalnej klasy i normalnych studiów…
-STUDIÓW?!
-Nie musisz krzyczeć.- westchnąłem ciężko. Znalazłem interesujący mnie tytuł i wróciłem na fotel.- Tak, jestem pewien, że pójdzie również na studia, a w każdym razie będzie chciała.
-Ale ona jest Królową…
Spojrzałem na niego. Już otwartą książkę ponownie zamknąłem, zakładając strony palcem, i westchnąłem ciężko.
-Teraz nie jestem pewien, czy jej się to podoba.
-Ale ona zawsze chciała rządzić.- szepnął Ethell, a ja z zaskoczeniem usłyszałem w jego głosi rezygnację.- Odkąd ją znam, planowała Lann od podstaw, chciała zasiadać na tronie. Doczekać się nie mogła, kiedy będzie… kiedy już…
-Ona się tu nudzi, panie.- przerwałem mu.- Bo wszystko robisz za nią. Uciekasz od niej. Więc ona chce ci ułatwić życie, a sama lepiej przygotować do lepszego zarządzania krajem. Poradzisz sobie i ona sobie poradzi… a taka rozłąka dobrze zrobi wam obojgu.- otworzyłem książkę i zacząłem czytać, uznając temat za wyczerpany.
* * *
-Czy twoja inteligencja czasem cię nie męczy?
Spojrzałem na Icardina i wybuchnąłem szczerym śmiechem.
komentarze [2]^^
poniedziałek, 11 czerwca 2007
19:49:05
Ethan, jak zwykle, wykręcił się sianem.
-On ma naprawdę farta.- burknąłem do Irmandila.
-No. Aż mu czasem zazdroszczę.
Miałem ochotę jęknąć, ale tylko przewróciłem oczami, wsadzając nos z powrotem w papiery. Varda swoją droga wykazała klasę, publicznie potępiając Ivette i to tak, ze dziewczynie w pięty pójdzie i w życiu się nie wykpi... Które to życie potrwa już nie dłużej niż dwa tygodnie. Uśmiechnąłem się ironicznie.
Swoją drogą, to chyba powinienem wracać do domu...
Ale nie chcę zostawiać tu Lilii samej.
Cholera. Postukałem palcem kilka razy w biurko. Nie mam wątpliwości, jakby co. Po prostu powinienem od czasu do czasu sprawdzić, czy służba nie zdemolowała mi papierów w szafkach a propos odkurzania. Ale tu mi w sumie dobrze jest... Niedługo zaczną mi płacić z tytułu świadczeń prawno-strategicznych i manewrów na granicach.
Hehe.
A Varda mnie zabije za spoufalanie się z inną stroną. Dopóki robię to dla nich nieoficjalnie wszystko jest w najlepszym porządku... więc zapłaty będę stanowczo odmawiać. Zarechotałem i odłożyłem papiery. Wstałem i wyszedłem, nie zwracając uwagi na Irmandila.
Ethan z miną seryjnego mordercy zdążał w stronę gabinetu. Nie zareagowałem, bo nie chciałem wyrywać go z nastroju; zresztą i tak by mnie pewnie nie zauważył. Wsunąłem ręce do kieszeni i powędrowałem w stronę szpitala.
* * *
-Cześć, Cahir.- powiedziałem, przysuwając sobie zydelek. Spojrzał na mnie nieco nieprzytomnie i uśmiechnął się.
-Pan generał...- powiedział cichutko.- Dzień dobry.
Uśmiechnąłem się.
-Jak się czujesz?
-Lepiej...
-No, to dobrze.- przyjrzałem mu się uważnie.- Wiesz, po takim seansie to mnie by nie odratowali. Strasznie silna bestia z ciebie, wiesz?
-Ależ...
-Cicho siedź.- uniosłem dłoń.- Jak Tamirao się dowie, że zmuszam cię do mówienia, to mnie wykastruje.
Uśmiechnął się blado.
-Ethan chyba chce kogoś zabić.- powiedziałem, opierając łokcie na kolanach.- Masz jakiś pomysł? Ach, wiem. Napuścimy go na pozostałych popleczników Ivette, co ty na to? I damy porządny karabin maszynowy, żeby się chłopak za bardzo nie zmęczył...
-Ja chcę wstać.- zamamrotał nagle Cahir. Spojrzałem na niego ze zdumieniem i roześmiałem się szczerze.
-Powiedz to Tamirao, chcę zobaczyć jej minę.- odparłem wesoło.- Ale najpierw muszę ci pogratulować wytrzymałości, naprawdę... Niesamowite. Trzy dni jak obszył. Dobry jesteś.
-Szkolenie.- poinformował mnie.
-Srutu tutu...- mruknąłem.- Daruj. Też przeszedłem szkolenie, a złamałbym się szybciej niż ty.
-Nie...
-Tak.- pokiwałem głową.- Chyba, ze chodziłoby o krycie Arinae, o wtedy by mnie mogli zamęczyć, jakby im się podobało.- wstałem.- Nie męczę cię już, bo jak się Ethan dowie i powie Tamirao, to nie będzie dla mnie bezpiecznego miejsca na niebie i ziemi. Trzymaj się, Cahir.
-Tak... Dziękuję, generale.
-Jeszcze raz nazwiesz mnie generałem, to jak mi bogowie mili, przysolę ci z pięści.
* * *
-Masz na niego dobry wpływ.- powiedziała Arinae tego wieczoru, rozczesując loki. Uniosłem głowę znad książki.
-Tak?- zdziwiłem się.
-On zawsze chciał mieć przyjaciela - przyjaciela, a nie potencjalnego chłopaka.
-A.- mruknąłem, poprawiając sobie poduszkę pod łokciem.- Rozumiem.
-A ciebie wyraźnie polubił.
-Ja też go lubię.- dyskretnie przewróciłem stronę.
-Nie czytaj, jak do ciebie mówię, dobrze?
-Mam podzielną uwagę.
-Wiem, wiem.- westchnęła, odkładając grzebyk na toaletkę.- Przepraszam.
-Nie przepraszaj.
-Więc…- odwróciła się i spojrzała na mnie.- Mógłbyś jakoś się z nim zaprzyjaźnić?
-Staram się.- stwierdziłem, zamykając książkę i zakładając ją palcem. Spojrzałem na nią uważnie. Uśmiechnęła się i kiwnęła głową. Wstała, zgasiła górne światło i położyła się obok mnie. Sięgnąłem po zakładkę i wsunąłem ją między kartki, odkładając książkę na stolik. Pstryknięciem palców zgasiłem lampkę i objąłem Lilię.
-Nevan?- zamruczała mu prosto do ucha.
-Mmm.
-Zajmij się Cahirem… co?
Westchnąłem i wtuliłem twarz w jej szyję.
-Dla ciebie wszystko,
me Lelai.
komentarze [2]Niańka x'D
niedziela, 27 maja 2007
12:49:04
Ye-ah, tsk.
Jestem w Venare - z Lilią i Devonem - i jest fantastycznie, tylko odrobinę nudno. To znaczy, było nudno, dopóki nie trzeba było uspokajać wściekłego Ethana, któremu ktoś chciał sprzątnąć Cahira.
Na tyle, na ile zrozumiałem sytuację z dość chaotycznej relacji Lelai.
Wyszło na to, że Ethan jest naprawdę wszechstronny i oprócz Valentine ma także chłopaka. Tutejszego kata, stworzenie dziwne i doprawdy urocze, Cahira. Ale ostatnio - jakieś dwa dni temu - wrócił pierwszy chłopak Cahira, Kenneth, i myślał, że kat rzuci wszystko w diabły i wróci do niego. A u - bulba. Cahir dokonał wyboru i wybrał brata Rhein.
Mądry chłopak swoją drogą.
Spotkałem go na korytarzu, prowadzącym do lochów. Tak, wyszedłem sobie na spacerek, bo czasem trzeba. Cahir siedział na jakichś schodach i patrzył się tępo w przestrzeń, ściskając w dłoni drewniane koraliki.
Ładne w sumie.
Wyglądał normalnie, to znaczy - ubrany był jak chłopak. Bo jemu czasem zdarza się mieć odpał i przebrać za dziewczynę. Ale teraz miał na sobie jakieś w miarę normalne ciuchy, chociaż jakby nieco zmaltretowane. Cóż, zrozumiałe. Przysiadłem obok niego i potowarzyszyłem mu chwilę w milczeniu.
-No i?- mruknąłem wreszcie.- Zamierzasz cały dzień tak u siedzieć?
Pokręcił wolno głową, opuścił wzrok.
-Weź się w garść, Cahir.- westchnąłem.- Świat się nie zawalił.
-Ale... Kenneth cierpi...
-Nie miałeś dobrego wyjścia; cokolwiek byś nie zrobił, ktoś by cierpiał.- powiedziałem dość łagodnie. Spojrzał na mnie, jakby dopiero teraz mnie zobaczył.
-Panie generale…
-Jeszcze raz nazwiesz mnie generałem, to cię strzelę.- uprzedziłem go lojalnie.- To samo dotyczy wszelkich panów, lordów i waszmościów. Jasne?
Kiwnął głową, uśmiechnął się nieśmiało.
Jedno mu trzeba przyznać - słodziutki to on jest.
-Nie łam się.- mruknąłem.- Świat kręci się dalej, a czas leczy rany. Jakoś to będzie.
-Ale...
-O matko, ale z ciebie ciężki przypadek.- zirytowałem się lekko.- Pocieszy cię, jeśli ci coś powiem? Gdybyś wrócił do Kennetha, Ethan starałby się być dla ciebie przyjacielem. On chce tylko twojego szczęścia, znaczy, wiesz. Twojego i Valentine, ale o Valentine możemy w tej chwili zapomnieć. A jeśli będziesz szczęśliwy z nim - cóż, tym lepiej.
Cahir milczał.
-Kennetha widziałem może dwa razy.- ciągnąłem, patrząc na niego uważnie.- Ale jakoś niespecjalnie mi przypadł do gustu. Może jestem stronniczy, bo Ethana znam dość długo, ale jeśli mam wyrazić swoje własne zdanie, to dobrze zrobiłeś, odprawiając Kennetha.
-Czemu?
-Bo Arion chce wszystkiego dla ciebie, a ten drugi traktuje cię trochę jak swoją własność. Rozumiesz mnie?
Kiwnął powoli głową.
-Ból minie, zobaczysz.- klepnąłem go w ramię i wstałem.
-Eee... Variel?
-Słucham cię.- odwróciłem się jeszcze.
-Co ty byś zrobił na moim miejscu?
Roześmiałem się. Nie z niego, bo patrzył na mnie tak, jakby faktycznie oczekiwał rady i pomocy. Roześmiałem się na myśl, że musiałbym kiedyś tak wybierać. Nie. To abstrakcyjne. I mocno niedorzeczne.
-Zbyt kocham Lelai, by ją opuszczać.- powiedziałem cicho.- Ale jeśli ona zdecyduje, że chce odejść, nie będę jej zatrzymywał. Będę życzył jej szczęścia i postarał się zostać dla niej kimś ważnym, bliskim przyjacielem. Takim, żeby zawsze mogła się wyżalić, powiedzieć o wszystkim.
Cahir milczał.
Jeśli miałbyś być z Kennethem tylko przez to, że był twoim pierwszym, to bardzo dobrze zrobiłeś, pomyślałem. Takie miłości na całe życie często zmieniają się w piekło.
-Będzie dobrze.- powiedziałem jeszcze.
* * *
Ethan, wściekły na siebie i świat, siedział na balkonie i gapił się w chmurki. Valentine poinformowała mnie szeptem, ze siedzi tak od wieczora, a ona już nie ma pomysłu, co z nim zrobić. Czy mogę popilnować Carli? Bo ona musi iść na polowanie. Jasne, Val. Zawiadom nasza opiekunkę, żeby tu przyszła z Devonem.
I fruu, poszła.
Westchnąłem ciężko. Carlotta, śliczna jak aniołek w czarnych loczkach, spała. Uznałem, że dziesięć minut na kazanie mam, i poszedłem na balkonik, do Ethana.
-Ty głupku.- powiedziałem standardowo.- Nie m to jak urażona męska duma, co?
-On skrzywdził Cahira.- odparł ponuro.
-Ta, jasne. Jak ci lubię, Arion, tak czasem bywasz strasznie unerwiający.
-Ale Cahir przez niego płakał!
-Na bogów. Ethan, weźże się w garść, co? Kenneth wyjeżdża i Cahir, kiedy się uspokoi, znowu będzie wesolutki i pełen energii.
Matko, ale z niego jest czasem ciul. Z Ethana, znaczy.
-Ale płakał.
-Strzelę ci zaraz.- uprzedziłem.- Jak go ostatni raz widziałem, nie wyglądał na zapłakanego. Pozbiera się, to w sumie silna bestia, tylko trochę… jakby to powiedzieć… nieprzystosowana.
Ethan milczał.
A ja co, z niańkę robię?
Zdenerwowałem się.
-Wstawaj.- schyliłem się i podniosłem go za kołnierz.- Carla zaraz się obudzi, a ty w proszku. A jak Vardzie zachce się przyjechać, to co? Weźże się w garść, naprawdę. Zachowujesz się zupełnie jak nie ty.
* * *
-Oni są naprane niereformowalni.- powiedziałem do Lilii tego wieczoru, kiedy rozczesywała włosy na noc. Westchnęła lekko, odkładając szczotkę na toaletkę i obróciła się w moją stronę.
-Tak, wiem.- powiedziała cicho.- Ale przyznasz, że serce się kroi, kiedy Cahir płacze.
-O, tak.- zgodziłem się.- On to potrafi. Jego się zwyczajnie nie da nie lubić, taki ma charakter.
-Mimo tego, że to, no, dziwadło?
Roześmiałem się.
-Bardzo miłe dziwadło, jeśli mam wyrazić swoje zdanie.
komentarze [1]Siła złości
niedziela, 22 kwietnia 2007
12:01:02
Po trzech dniach męczenia Vardy przywiozłem synka do domu. Lilia w Venare użerała się z Ivette, a ja sobie spokojnie zmieniałem pieluszki.
Matko, jak to brzmi. Ale jakby nie patrzeć, prawda. Poza tymi momentami, kiedy pracuję w ogrodzie i Ayn zajmuje się małym, Devon jest tylko mój. He, he. I czuję się z tym dobrze, mały chyba raczej też. Wie, kto mu daje jeść.
* * *
Dzisiaj wparowała Varda, wrzeszczała na Lilię w zamkniętym pokoju dobre pół godziny i wyszła. Tak, Lilia wróciła. Cisnęła generalstwo i posadę Białej Czarodziejki w diabły i wróciła do mnie.
-Nevan?
-Mmm.
-Nie jesteś na mnie zły?
-Kto, ja? Nie. A o co?
-No, wiesz...
-Nie zajmuje mnie polityka.
Lelai przytuliła się do mnie, patrząc na zasypiającego jej w ramionach Devona.
* * *
A dzisiaj rozpętało się piekiełko.
Stałem w kuchni przy piecu i gotowałem sobie czekoladę, kiedy wpadła Lilia, wyraźnie czymś wystraszona. Uniosłem głowę.
-Co się stało?
-Przyszli po mnie.
-Co?!
-Kiedy Biała Czarodziejka rezygnuje z posady, zostaje zabita, bo wie, gdzie jest Kryształowe Miasto.- szeptała wyraźnie wystraszona, tuląc się do mojego boku.- I parę innych spraw. Nie wiem, co mam zrobić.
Myślałem przez chwilę. Potem odsunąłem ją i wyłączyłem gaz.
-Co robisz?- zapytała z wahaniem w głosie. Nie odpowiedziałem. Schyliłem się i wyjąłem z buta sztylet.
-Gdzie są?- zapytałem, nie patrząc na nią.
-Na trakcie do naszego dworku.
-Gdzie dokładnie?
-Jakieś pół godziny.
Zdążę. Bez słowa wyszedłem z kuchni. Skierowałem się w stronę pewnego pokoju, który na co dzień ukryty był za pajęczą siatką iluzji. Lilia wiedziała o jego istnieniu. Ale chciała być fair i nigdy nie zapytała, co tam jest i czemu jest to ukryte.
Teraz zdjąłem pajęczynkę zaklęć z drzwi i wszedłem do środka. Na ścianie naprzeciwko wejścia wisiał miecz. Czarny miecz. Delikatnie zdjąłem go i machnąłem na próbę. Był lekki, bardzo lekki, i rękojeść leżała mi w dłoni tak dobrze, jak pamiętałem. Teraz gorsza cześć transakcji.
Uklęknąłem na podłodze i złożyłem miecz na kolanach. Przycisnąłem palce do czoła.
Jak zwykle, modlitwa nie przyniosła uspokojenia, tylko wcisnęła się w ciało falami piekącego bólu. Nie przerywałem jednak. Nie mogłem. Nie miałem dostatecznej ochrony przed wciskającą się do mojego wymiaru energii. Jeszcze nie teraz.
Po chwili świat był ulepiony z czerwonego bólu. Usłyszałem jednak lepki łopot skrzydeł i opuściłem ręce.
Wielki, ciemnozielony darkangel rozpościerał nade mną skrzydła. Był większy niż ostatnim razem i szybko podniosłem się z kolan.
-Znajdź.- powiedziałem zimno.
-Haih, sher’re.- powiedział nienaturalnym, wysokim głosem, machnął skrzydłami i zniknął. Schowałem miecz zdecydowanym ruchem i wyszedłem z pokoju, starannie plotąc iluzje na powrót. W pokoju sypialnym przebrałem się do walki. Krótka, sięgająca ud kolczuga o drobnym kółku, wąskie spodnie i glany. Lilia zastała mnie przy zawiązywaniu kaftana.
-Co robisz?- zapytała.
-Idę się rozerwać.- powiedziałem spokojnie i wyszedłem z pokoju, zabierając miecz, owinięty pasem.
* * *
Darkangel wisiał nieruchomo nad ich pozycją. Pochyliłem się nad szyją Logana i płynnym ruchem wyjąłem miecz z pochwy przerzuconej przez plecy. Miałem świadomość, że znak na moim policzku robi się czerwony. Byłem wściekły, opanowany i gotów do mordu. Miecz zalśnił w blasku prześwitu między gałęziami drzew. Zobaczyłem ich. Usłyszałem kopyta. Zmrużyłem oczy.
Darkangel wydał wysoki, kłujący uszy pisk i runął w dół. W tym samym momencie wpadłem między pierwsze konie, bryznęła krew. Zawróciłem Logana w płynnym ruchu i poprawiłem cięciem od ucha, rozwalając drugiemu z czwórki głowę na dwie połówki. Pierwszy leżał na ziemi, a przynajmniej połowa pierwszego. Druga gdzieś zniknęła.
-Sher’re!
Nie patrząc sparowałem cięcie, zadane od tyłu, wywinąłem się spod ostrza, niewiarygodnie wykręcając kręgosłup i ciąłem, rozwalając bark, płuca i żebra. Jasnowłosy, nie mający więcej jak dwadzieścia lat chłopak zwalił się z konia, który zarżał i uciekł w bok. Został jeden. Obróciłem Logana i stanąłem z nim twarzą w twarz.
Pierwsze cięcie zlało się z drugim w jedno. Darkangel świszczał przenikliwie i opadł w dół. Po chwili uniósł się z wyraźnym trudem i zawisł nad drzewami, wyjąc jakąś potępieńczą pieśń. I wtedy wepchnąłem przeciwnikowi klingę prosto w gardło.
Wytarłem miecz w jakąś szmatę i uniosłem głowę. Darkangel dalej wył, zadzierając brodę w niebo, monotonnie, jękliwie, strasznie. Zawołałem go wysokim dźwiękiem. Wylądował tuż przede mną.
Trzymał jakiegoś osobnika w płaszczu urzędnika Venare. Oparłem ręce na łęku.
-Czego chcesz?- zapytałem zimno.
-W... w imię prawa Venare...- zająknął się. Uciszyłem go uniesioną dłonią.
-Życie za życie.- powiedziałem beznamiętnie.- To chyba uczciwa cena.
-Będą ją ścigać.- odważył się.
Pochyliłem się w siodle i zajrzałem mu prosto w oczu. Jęknął, cofnął się i wpadł na skórzaste cielsko darkangela. Odskoczył i wylądował w pyle drogi. Wiedziałem, jak w tej chwili wyglądały moje oczy. Nie był to najprzyjemniejszy widok. Pamiętałem obrzydliwy dotyk darkangela i potrafiłem zrozumieć tego urzędnika. Potrafiłem, ale - nie chciałem.
-Jesteś pewien?- zapytałem cicho. Potrząsnął głową, nie patrząc już na mnie. Wyprostowałem się.
Darkangel obserwował mnie uważnie.
-Idź.- powiedziałem, nie patrząc na mojego Stróża.- Powiedz im, że Arinae ma obrońcę i co się stanie, kiedy ktoś spróbuje podnieść na nią rękę. Przekaż im, co widziałeś. I powiedz, że zabił ich Demon.
komentarze [1]Cała Varda
środa, 21 marca 2007
19:01:04
-Łaaa!
Jeeeb.
-Au...
Wyjrzałem z kuchni. Ayn leżała rozciągnięta na podłodze wśród szczątków doniczki. Na mój widok zerwała się i zgięła w ukłonie. Westchnąłem ciężko, wyciągnąłem mokrą rękę w stronę szczątków i pstryknąłem palcami. Naprawiona doniczka sama wcisnęła się służącej w ręce.
-A teraz zamieś to na miejsce.- powiedziałem znudzonym tonem i wróciłem do zmywania.
Lilia bawiła w Venare, próbowała nawrócić ichniejszą nową królową. Podobno dziecko okropne. Ja ją widziałem tylko raz, na ślubie, a i to z daleka, bo nie chciałem pchać się w pierwsze rzędy. Chociaż teoretycznie mógłbym, bom w końcu mężem Białej Czarodziejki jest. Jednak wśród tych wyfiokowanych debili z S.R.A., z których co najmniej kilku mnie świetnie pamiętało z góry do dołu uwalanego krwią, czułbym się co najmniej nieswojo.
Cóż, było, minęło. Tylko Arinae musiała zostać, bo powiedziała, że "wstydu pokazania jej w takim stanie poddanym nie zniesie i musi się nią zająć". Mam wrażenie, że od tej pory "ona" w naszych rozmowach przestanie oznaczać Vardę, a zacznie tę, jak jej tam... Ivette. Dziecko podobno mocno niecodzienne.
Odstawiłem ostatni talerz, lśniący i pachnący cytrynowym płynem do mycia, kiedy trzasnęły drzwi. Po chwili do kuchni weszła najwyraźniej nieco podminowana Lilia.
-Ja już przeżyję nawet te przeklęte różowe kotary w jadalni.- oznajmiła ponuro, biorąc jabłko z patery.- Ale tego dziecka nigdy.- westchnęła ciężko i ponuro wgryzła się w owoc. Wytarłem ręce.
-Aż tak źle?- zapytałem.
-Gorzej...- wymruczała, patrząc na nadgryzione jabłko z żądzą mordu.- łazi toto po Pałacu, całe w różach, i się niemożliwe szarogęsi.- cisnęła jabłkiem do zlewu. Nie zareagowałem.- Ta akcja Vardy poskutkowała na niecały tydzień; ja nie wiem, kto jej daje forsę na te stroje...
-Może podkrada?- zasugerowałem, przenosząc nadgryzione jabłko do kosza.
-Może.- wzruszyła ramionami.- Ale muszę ja na tym przyłapać, żeby coś zrobić.
Spojrzałem na nią uważnie. Uśmiechnąłem się.
-Zaraz wymyślę coś na pocieszenie...
Uśmiechnęła się.
-Ty mi wystarczysz.
* * *
W nocy nie mogłem zasnąć. Szczerze mówiąc, nieco odzwyczaiłem się od obecności Lilii w tej samej sypialni, ale przyzwyczajałem się z przyjemnością. Miło było znów czuć ciężar jej głowy na ramieniu i łaskotanie loków na twarzy. Nie wiedzieć czemu, pachniała cytryną.
Przesunąłem dłonią po włosach. Też cholera jedna wiedziała, czemu Lilia zawsze na noc ściąga mi tasiemkę z kudłów... Rozejrzałem się dyskretnie. O, jest, hehehe.
-Nevan?
Szlag.
-Słucham cię.- westchnąłem lekko.
-Nawet o tym nie myśl.
-Eee?
Uniosła głowę i zachichotała.
-Tak uroczo wyglądasz, jak się rumienisz.- stwierdziła, opierając się na łokciu.- Stęskniłam się za tobą, wiesz?
-To zostań.
-Chciałabym.- westchnęła.- Ale nie mogę. Muszę pilnować tej... mmmh...
-Aha, jasne.- zaśmiałem się cicho.- Rozumiem. Nie zazdroszczę.
Przekrzywiła głowę, podpierając brodę dłońmi. Wyglądała uroczo, jak porcelanowa laleczka. Brakowało jej jedynie sukienki z koronkami... chociaż nie powiem, bez takowej też mi się podobała. Cóż. Jestem tylko facetem.
-Nevan?
-Mmm?
-Czemu nie przyjedziesz?
Westchnąłem.
-Ethell oczekuje ode mnie codziennego stawiania się w Pałacu i przewalania setek raportów aury.- wyjaśniłem.- Odkąd wyzdrowiał, świruje; chce się dowiedzieć, kto na niego nastawił bramę... Kto się włamał do jego umysłu.- wyjaśniłem, widząc jej zdumioną minę.- Tak się mówi. Thea to nazywa "żargonem telepatyczno-politycznym".- roześmiałem się cichutko. Lelai uśmiechnęła się i z powrotem położyła głowę na moim ramieniu.
-A teraz śpij.- wymruczała.
* * *
Krzyk.
Poderwałem się tak gwałtownie, że omal nie zleciałem z łóżka. Na dole coś się działo, słyszałem to wyraźnie. W biegu wciągnąłem jakieś gacie i naciągnąłem koszulę, ale zapiać się już nie zdążyłem. Na dole coś się rozbiło.
Wyleciałem z pokoju i o mało nie zleciałem ze schodów.
Lilia cisnęła kolejnym talerzem w ścianę. Varda, chłodno popijająca herbatkę, nic sobie z niej nie robiła. Westchnąłem ciężko i zacząłem zapinać spodnie, bo mi spadały.
-O, jesteś.- warknęła Thea, czająca się w kącie.- Fajnie.
-A o co chodzi?- zapytałem, skupiając się na równym zawiązaniu koszuli.
-Wasz syn wrócił.- oznajmiła Varda, nie unosząc głowy. Spojrzałem na Lilię. Była zaróżowiona. Westchnąłem ciężko, podszedłem do niej i delikatnie wyjąłem jej talerz z ręki.
-Miał być rok.- powiedziałem, siląc się na spokój.
-Widać dał Śmierciom w kość.- burknęła Thea.
-Gdzie jest?
-W laboratorium w Pałacu!- wrzasnęła Lilia, wyrywając mi talerz i ciskając nim w Vardę. Królowa z lodowatym spokojem pstryknęła palcami i talerz wsiąkł. Westchnąłem ciężko.
-Jadę po niego.- oznajmiłem i odwróciłem się.
-Nie.
Spojrzałem na Vardę.
-Co?- warknąłem.
-To, co słyszałeś.- z cichym stuknięciem odstawiła filiżankę na spodeczek.- Devon zostaje u nas, dopóki nie zbadamy go.
Spojrzała mi w oczy.
Powietrze między nami zgęstniało, poczułem falę mocy Vardy, tężejącą z każdą chwilą. Zmrużyłem oczy. Nie chciałem spuścić wzroku, a wiedziałem, że mam spore szanse z nią wygrać.
Opuściła głowę i stała, odstawiając filiżankę na stolik. Podeszła do drzwi, a Threaten podreptała za nią.
W progu Królowa odwróciła się jeszcze i rzuciła przez ramię:
-Nie.
I wyszła.
-Aaaaargh!- wściekłem się, opadając na fotel.- Przeklęta władza Królowej nad wojskiem!
Lilia milczała.
Opuściłem głowę na kolana i zacząłem myśleć, szarpiąc się za włosy.
-I?- zniecierpliwiła się po paru chwilach.
-Niech no znajdę na to jakiś paragraf...
komentarze [1]njus
czwartek, 15 marca 2007
19:01:40
nota będzie za jakąś godzinę ;) jak ją napiszę xD
komentarze [1]Czekolada
czwartek, 25 stycznia 2007
21:57:44
Zajrzałem do kaplicy.
Odkąd Varda wezwała mnie i Lilię do Lann, często tu przychodzę. Ethell ma poważne przeciążenie telepatyczne i próbują go ratować. Varda ma ciężkie zadanie – rozwalić stare i założyć mu nowe blokady. Wiem, że taka operacja jest trudna i potwornie bolesna.
Kilkunastu elfów modliło się chórem na klęczkach, z przepisowo splecionymi przy czole dłońmi. Posąg Arienn lśnił ciężką miedzą w świetle tysięcy świec. W kaplicy mimo to było ciemno, w powietrzu unosił się zapach lawendy. Czort jeden wie, skąd pochodził.
Rozejrzałem się. Monotonny, melodyjny zaśpiew unosił się i opadał. Migoczące w świetle świec ozdoby przyciągały i jednocześnie rozpraszały. Zapach lawendy przytłaczał. Westchnąłem i wycofałem się.
* * *
Varda siedziała po turecku na środku starannie wyrysowanego pentagramu. Świecie płonęły na końcach gwiazdy, w powietrzu czuć było delikatny zapach korzeni.
Lilia bez słowa patrzyła na Królową.
-Co ona robi?- zapytała cicho.
-Oczyszcza umysł.- odszepnąłem.- To ważne, jeśli nie chce się spieprzyć roboty przy telepacie. Zwłaszcza takiej roboty.
-Czyżby się przymierzała...?
-Ona nie może się przymierzać.- ująłem jej dłoń.- Musi to zrobić. Chodźmy, niech medytuje w spokoju.
* * *
Threaten też się przygotowywała. Siedziała nad wielką księgą i coś notowała w malutkim kajeciku.
-Powariowałyście?- zapytałem. Spojrzała na mnie jak na idiotę.
-Jeśli chcemy mieć jutro Króla, musimy się dobrze przygotować.- odpowiedziała ze złością.- Dzisiaj wieczorem będzie dobra pora. Varda pewnie już siedzi w pentagramie, ale ja się jeszcze babram w tym.
Spojrzałem na księgę. "Teoria telepatii - część trzecia". Łoj. Ciekawie. Threaten rusza pełną parą. A skoro Varda "już", a Thea "jeszcze"... Rany boskie, Królowa robi z nią dziwniejsze rzeczy, niż mogłoby się wydawać. Teoria telepatii, rany.
-No i Arinae pytała, czy może pomóc.- mruknęła Thea.- Powiedziałam jej, żeby dała sobie spokój z właściwym rytuałem i przygotowała teksty na pocieszanie Vardy.
-A co Lilia na to?- zaciekawiłem się.
-Powiedziała, że przygotuje dużo czekolady.
No tak. Cała Lilia.
* * *
Arinae faktycznie znalazłem w kuchni, z trudem mieszającą wielką drewnianą łyżką w wielkim kotle. W całym pomieszczeniu pachniało czekoladą. Dwie kucharki w kącie szorowały blaszane formy.
-Co robisz?- zainteresowałem się i spojrzałem do kotła.
-Czekoladę.- odpowiedziała i uśmiechnęła się.- Jak skończę, to pomożesz mi formować tabliczki.
-Ja?
-Nie, cesarz perski ze swoją ciotką.- zaśmiała się.- Sama tego nie udźwignę, a ty rzucisz jedno zgrabne zaklęcie i wszystko będzie cacy.
-Ale ty tu jesteś wykwalifikowaną czarodziejką.- przypomniałem jej.
-Ale ja będę nalewać. Ty będziesz tylko trzymać.
-No... Dobrze.
* * *
Varda była blada, ale zdecydowana. Jej ręce drżały lekko, gdy kładła dłoń na klamce pokoju Ethella. Threaten była już w środku, przygotowywała pole do popisu Królowej.
-Powodzenia.- szepnęła Lilia. Varda spojrzała na nią pustym wzrokiem, ale skinęła głową. Zniknęła za drzwiami.
-Nie wiem, o kogo boję się bardziej.- powiedziała Arinae.- O nią, czy o niego.
Milczałem, obejmując ją ramieniem. Westchnęła i opuściła głowę, wlepiając spojrzenie w gładkie płyty podłogi. I czekaliśmy.
Za oknem wirował śnieg. Duże płatki opadały na parapet - nareszcie. Po niemal całej zimie bez śniegu nastąpił opad i Białe Miasto zrobi się naprawdę białe. Znikną wszelkie różnice między ulicą Kupiecką a ulicami biedoty. Do czasu, kiedy śnieg zmieni się w brudną breję, bo wtedy brzydota się uwydatni...
Lilia patrzyła w okno i zaciskała usta.
A potem z pokoju dobiegł krzyk.
* * *
Już zmierzchało, kiedy Varda wreszcie zasnęła i Lilia przyszła do sali jadalnej, gdzie siedziałem z Theą. Spojrzała na mały kielich z winem, który stał przede mną, i na całą butelkę, stojącą przed Threaten.
-I co?- zapytałem, ujmując puchar.
-Dobrze.- Lilia usiadła obok mnie.- Śpi. Jest wyczerpana, ale jej to minie.
Uśmiechnąłem się do niej.
-Podziwiam ja.- mruknęła Arinae pod dłuższej chwili.- Pochłonęła cztery tabliczki i jej nie zemdliło.
komentarze [1]Z morza do gospodarstwa rolnego...
czwartek, 28 grudnia 2006
21:22:28
Przeciągnąłem się leniwie i wstałem z piasku. Jedyną wadą czarnych ciuchów jest to, ze trzeba się starannie otrzepać, bo inaczej wygląda się idiotycznie. Wolniutko, nie zadając sobie trudu ubrania obuwa, ruszyłem wzdłuż wody w stronę wyjścia na ulicę, przy której stał nasz wynajęty domek.
Gdzieś tak w połowie drogi spotkałem Lilię, zaczytaną w jakimś grubym dziele. Przyświecała sobie kulą światła, unoszącą się nad prawym ramieniem. Westchnąłem. Cała Lilia.
Usiadłem obok niej.
-Hm?- odezwałem się pod dłuższej chwili.- I jak?
-Ładnie.- westchnęła.- Tak cicho.
-Ciężko będzie wracać do szumu w domu...
-Mhm. Chyba, żebyśmy nabyli tu jakiś ładny, no wiesz, domek...
Zachichotałem.
-Czemu nie?- mruknąłem.- Dobrze, że nie zażyczyłaś sobie domku w samym Belfaście, tam się na mieszkanie wydaje ciężkie pieniądze... Nie zimno ci?
Potrząsnęła głową.
-A mnie trochę.- wstałem.- Idziemy, kochanie. Już późno.- pomogłem jej wstać.- A że pojutrze wracamy i że na święta prezencik został w domku, to ci coś ładnego kupię. Co?
-Och, Nevan...- zarumieniła się leciutko. Uśmiechnąłem się.
-Dla ciebie - wszystko.- stwierdziłem. Wolniutko poszliśmy uliczką - ja wciąż boso, ale te pare igieł nie robiło na mnie żadnego wrażenia. Dopiero pod drzwiami przystanąłem i spojrzałem uważnie na Lilię.
-A teraz mi powiedz, jak to naprawdę było z twoim bratem.- powiedziałem cicho. Opuściła wzrok, parę razy obróciła książkę w rękach.
-No, zabiła go jakaś klątwa... Mówiłam ci już...
-Wiem, pamiętam.- otworzyłem drzwi.- Ale chcę wiedzieć, jak to było naprawdę.
-Uhm. Nie wierzysz mi, że to klątwa?
-Trochę to wszystko,. jak na mój gust, dziwne.
-No...w sumie...- powiedziała niepewnie.- Ale właściwie dlaczego?
Wzruszyłem ramionami.
-Zbieg w czasie.- wyjaśniłem.- Nie wierzę w dwie rzeczy: zbieg okoliczności i krasnoludki.
-Jesteś diabelnie inteligentny.- mruknęła, odkładając książkę na stół w głównym pokoju. Zamknąłem drzwi na zasuwkę.
-Raczej spostrzegawczy.- stwierdziłem.- Czyli moje podejrzenia, że coś tu śmie... przepraszam, zboczenie zawodowe... że coś tu nie pasuje, są uzasadnione?
-No... Tak.
Miała minę, jakby rozbolał ją brzuch.
-Jest postęp.- westchnąłem.- To teraz możesz mi wyjaśnić, co tu nie pasuje.
-Eee... To nie jest ważne, Nevan...
-JEST WAŻNE.- powiedziałem ze śmiertelną powagą.- Ja ci mówię o wszystkim, co ciebie dotyczy.
Westchnęła ciężko, potarła skroń palcami. Spojrzała na mnie, jakby rozpaczliwie.
-Bo widzisz... Musiałam w jakiś sposób cię wtedy uratować... A Śmierć to dość kapryśna istota, rozumiesz... A... a Estlin kiedyś powiedział, że zrobi wszystko, o co go poproszę i... i... No.
Zapadła ciężka cisza. Milczałem, patrząc na nią.
Co ona musiała wtedy czuć? Albo w te, albo we wte, trzeciego wyjścia nie było... Co wybrać - życie brata, z którym się dorastało, czy jakiegoś przybłędy, znanego zaledwie niecałe półtora roku?
Podszedłem do niej i przytuliłem ją mocno.
* * *
Z Belfastu polecieliśmy prosto do Miredillen. Lilia stwierdziła, że najwyższy czas przedstawić mnie jej rodzince, mieszkającej na jakiejś wyspie i posiadającej regularne gospodarstwo rolne.
-Uooo...
Gospodarstwo zawierało mały, dość ciemny dwupiętrowy dworek i przytuloną do niego stajnię ze strychem na ziarno i takie tam różne. Z drugiej strony stała stodoła wielka jak dom, z której wylatywały pojedyncze kłoski jakiegoś zboża. Za dworkiem widać było rozciągłe, teraz puste pola. Po podwórku wałęsały się kurczaki, dwa koty, pies i gęś.
Pozbierałem żeby z podłogi.
-Lethean przyjeżdża jutro.- powiedziała Lilia jakby nieśmiało.
-Fantastycznie.- mruknąłem, patrząc na jednego kurczaka, który miał w oczkach wyraźną żądzę dziobania moich świeżo wypastowanych butów.
-Tylko proszę, nie daj po sobie poznać, że jesteś z wojska... Co?
-Nie ma problemu, kochanie.- wyjąłem sztylet z rękawa, przymierzyłem się i cisnąłem w kurczaka. Ostrze przeszło na wylot.
Usłyszałem ciche "klask!" i ciężkie westchnienie. Podszedłem do martwego kurczaka, wyrwałem z niego nóż i obejrzałem zwierzę z bliska.
-Cholerny rosołek...- mruknąłem.
A potem wybuchł tajfun.
-Arinae!- usłyszałem i zdążyłem tylko wstać, zanim na Lilię nie rzucił się jakiś huragan. Ujrzałem coś czarno-szarego, co przemknęło obok mnie z prędkością dźwięku i dopadło Lilii.
-Witaj, ciociu.- wykrztusiła biedna Lelai.
-Och!- zaszczebiotała cioteczka.- Aleś ty schudła! Czym cię karmią?
Lilia zerknęła na mnie. Uniosłem brew.
-Najlepszą kuchnią na kontynencie.- odpowiedziała Arinae, dość spokojnie. Cioteczka zmierzyła spojrzeniem najpierw ją, a potem mnie. Bogowie, rentgen! Ta kobieta ma rentgen w oczach!
-A ten to kto?- padło krótkie pytanie. Odruchowo stanąłem na baczność.
-Mój mąż, Variel.- odpowiedziała Lilia.
Ukłoniłem się.
-Twój mąż, hm.- brew cioteczki powędrowała do góry. Nie wiedziałem, śmiać się, płakać czy uciekać w gołe pola.- Coś ty za jeden?
Bogowie!
Spojrzałem niepewnie na Lilię. Szarpnęła głową w geście "Trudno, gadaj!"
-Jestem generałem Białej Armii Lann, pani.- odparłem spokojnie. Cioteczka uśmiechnęła się wilczo.
-Dużo zarabiasz?
Lilia aż się skręciła.
-Sporo.- przyznałem.
-Ile?
Co to kurna, targ koński?
-Więcej, niż to całe gospodarstwo przynosi w rok, ja zarabiam w dwa miesiące.
Dobra, nieco przesadziłem. Ale tylko trochę.
Cioteczka uśmiechnęła się, jakby przyjaźnie.
-Może być.- mruknęła.- Od biedy wystarczy.
-Ciociu...!- wtrąciła się Lilia błagalnym tonem.- Niech ciocia da spokój.
Cioteczka jeszcze raz obrzuciła mnie spojrzeniem.
-No, to chodźcie.- burknęła i ruszyła w stronę dworku. Dyskretnie kopnąłem kurczaka pod jakiś krzaczek i podążyłem za Lilią.
W holu czekała reszta delegacji - jakaś blada blondynka, jakiś blady blondynek i facet, w którym z miejsca poznałem rycerza. Cioteczka dokonała ogólnej prezentacji. Facet z miejsca rozpoznał we mnie pokrewną duszę (tylko ciekawe, w jakim stopniu pokrewną...), bo zaraz wyszczerzył się wilczo. Uśmiechnąłem się półgębkiem.
Cioteczka jak stado kurcząt zapędziła nas do jadalnego.
-Nie zostawiaj nic na talerzu.- poinstruowała mnie szeptem Lilia po drodze.- Bierz dokładki, jeśli ci dadzą. Nie odmawiaj, krótko mówiąc, cioci się nie odmawia. Jak nie będziesz już mógł w siebie więcej wepchnąć, pod stołem są psy.
Powiem krótko - psy się przydały.
* * *
Następnego ranka dostałem polecenie bojowe - złapać dwa kurczaki na obiad. Ciocia zawołała mnie po imieniu na odprawę i oświadczyła:
-Złapiesz dwa kurczaki. Nie musisz zabijać. Po prostu złapiesz.
Żadnego pytania, sto procent rozkazu w poleceniu. Potulnie pokiwałem głową i poszedłem na podwórko.
Kurczaki wałęsały się jak wczoraj. Z ciężkim westchnieniem rozejrzałem się po podwórzu.
-Pomóc?- zapytał głosik Letheana obok mojego prawego ramienia. I wtedy skrystalizował mi się cały plan.
-Dobra.- warknąłem.- Ty bierzesz jednego kurczaka, ja jednego.
* * *
To był głupi pomysł. Całe przedpołudnie lataliśmy po podwórku z rosnącą żądzą mordu, próbując złapać uciekający rosół. W końcu nie zdzierżyłem i kopnąłem jakiegoś bogom ducha winnego kurczaka prosto w łeb.
-Mam cię!- ryknąłem, unosząc zdobycz za szyję.- To teraz utnę mu łeb.
Po dłuższej chwili mocowania się w nagle oszalałą kurą Lethean wypuścił ją z rak.
-Pomogę ci.- zaofiarował się.
Chwilę potem staliśmy nad pniakiem. Lethean trzymał piszczącego dziko kurczaka, a ja zamierzałem się na niego siekierą do drewna. Świsnęło i głowa kurczaka poleciała w jedną stronę, a krew na mnie. Lethean puścił zwierzę z dzikim wrzaskiem:
-UAAAA! TO SIKA!
Zakląłem dosadnie, acz cicho. I wtedy ze stajni wyleciała kuzynka Lilii.
-Co się stało, co się stało?- pytała gorączkowo. Spojrzeliśmy na nią ponuro, ja we krwi, Lethean w pierzu.
-Nic.- powiedzieliśmy chórem.- Mordujemy rosół.
Kuzynka Lilii nie wiedziała, śmiać się czy płakać. Załamała ręce i pokręciła głową.
-My się tu świetnie bawimy!- dodałem szybko, ocierając krew z twarzy.
-Widać.- mruknęła i poszła sobie. Spojrzeliśmy po sobie z Letheanem.
-Polujemy na drugiego?- zapytał. Wyszczerzyłem się.
-Jasne!
* * *
Rosół był. Ale tylko ja, Lethean i kuzynka Lilii wiedzieliśmy, co przeszedł, zanim trafił do gara.
komentarze [2]That what was necessary.
sobota, 2 grudnia 2006
09:12:06
Jest jedna rzecz, dla której warto żyć.
Tak ogólnie.
Nawet, jeśli to życie bywa czasami ciężkie i jakby całkowicie niepotrzebne do szczęścia. Dziwne. Ale w tym momencie nie miałbym nic przeciwko śmierci.
Bo to boli, bardzo boli. Nie wiem, na czym to polega, ale wiem, że boli, że prawie nie mogę oddychać, że mam od kaszlu zdarte gardło. Które też boli. Przeżarło mi przełyk i mam w ustach pełno krwi.
Varda nie chce nic mówić, ale wiem, że zaczyna się bać. Że nie dadzą rady. Że ta rozpaczliwa walka chemią i magią jest bezsensowna i tylko wyczerpuje ją, Theę i wszystkie Uzdrowicielki. Widzę z jej oczach lęk, gdy przychodzi i długo wpatruje się w ekrany. Gdy przytrzymuje mi głowę, bym mógł pozbyć się duszącej wydzieliny. To jest ohydne, ale konieczne, jeśli chcę to przeżyć. A chcę. Muszę jeszcze chociaż raz zobaczyć Lilię.
Ale teraz nawet aura Królowej nie pomaga moim biednym, ciężko chorym płucom.
* * *
-Widzisz to?- syknięcie.- Nic nie działa!
Ciche cmoknięcie.
-Cholera...- głos Vardy.- I co teraz?
-Musimy zmienić albo lek, albo dawkę. On nie przeżyje tylko na hortyzolu. Ja... ja nie wiem, co mam robić, ale to wciąż postępuje.
-A nie możesz tego... no, wiesz?
-Nie. Takie zaklęcie tylko przyśpieszy zmiany. Ja tu jestem właściwie bezsilna.
-Czyli co?
Cisza.
Westchnienie.
-Jak ja spojrzę Arinae w oczy...
* * *
Czas nie czeka i nie zwleka. Czas upływa i ucieka. Ucieka jednak tak wolno, że minuty stają się godzinami, godziny - dniami, dni latami. A ja tylko obserwuję świetliste wzory na bladozielonym suficie i niemal czuję, jak choroba zabiera mi następne partie płuc. Wiem, ze już nigdy nie będzie, tak, jak dawniej. Już nigdy nie stanę do walki w pierwszym rzędzie. Już nigdy nie wygram nawet zwykłej bójki.
To dziwne i może nawet straszne, ale boję się tego bardziej niż śmierci: słabości. Całe życie byłem silny, to był dla mnie stan naturalny. A teraz... przykuty do łóżka mogę tylko patrzeć na świetliste wzory na bladozielonym suficie i modlić się o bezbolesną śmierć.
* * *
-Hej, Nevan.- Varda uśmiechnęła się łagodnie, siadając obok i leciutko dotykając mojej dłoni.- I jak się czujesz?
Mogłem jedynie lekko poruszyć głową. Westchnęła i zerknęła na mnie, jakby z poczuciem winy.
-Rozumiem.- stwierdziła. W jej oczach coś błysnęło i zgasło. Spojrzała na monitory, przygryzła wargę.- Boli?
Pokiwałem głową, na tyle, na ile pozwoliły mi mięśnie.
-Odleżyny?
Zaprzeczyłem.
-To dobrze.- pochyliła się i chusteczką wytarła mi wargi. Uśmiechnąłem się z trudem. Z bliska widziałem wyraźnie - miała mokre od łez rzęsy.
Zamrugałem.
-Przepraszam, Nevan.- szepnęła.- Tak strasznie cię przepraszam...
* * *
Mgła z oknem gęstnieje. W białym jak mleko tumanie widać widmowe gałęzie opadłych z liści drzew. Widok doskonale rozumie się z moim stanem ducha. Już nie obserwuję wzroków na suficie - teraz patrzę w mgłę, gałęzie, okno i myślę o śmierci. Czuję nadchodzący kryzys. Ciężki, bolesny kryzys.
* * *
Przesilenie przyszło w nocy atakiem bólu w gardle i stanem bliskim uduszeniu. Po kilkunastu sekundach do pokoju wpadła Threaten, za nią Varda z dwoma Uzdrowicielkami. W milczeniu, gorączkowym i rozlatanym milczeniu wzięły się za strzykawki, ekrany i magię. Czułem, jak gorączka podjeżdża mi do co najmniej czterdziestu stopni. Oczy Vardy lśniły zdecydowaniem i magią. Widać coś brała na puszczenie blokad. Ryzykowała strasznie, blokady są trwałe i ich brak może doprowadzić do zapaści umysłu.
-To na nic.- usłyszałem po wielu godzinach jak przez mgłę. Thea.- Varda, zostaw. Nic się nie da zrobić.
Królowa wyprostowała się.
-On umrze.
-On już umiera.- powiedziała Thea z goryczą. Królowa spojrzała na mnie. Nie zauważyłem jej ruchu, poczułem tylko palce na powiekach.
-Co ty robisz?! Varda!
-Przepraszam.- szepnęła Królowa.
-Varda, do cholery, co ty robisz?!
Błysnęło i pogrążyłem się w mięciutkiej i jasnej nicości.
* * *
Jeśli tak wygląda śmierć, to nie jest tak źle... Czuć dym kadzideł, widać drżące i pełgające płomyki świec.
Ołtarz? Co w zaświatach robi...
Ach.
Varda siedziała na łóżku obok mnie i obejmowała kolana rękami. Spojrzałem na nią.
-Vardo?
Mój głos był lekko zachrypnięty, ale nic poza tym. Jedynie echo bólu i delikatne trudności w oddychaniu, jak od zwykłego przeziębienia.
Popatrzyła na mnie. Jej oczy zmatowiały, już nie lśniły od magii, cała jej postać jakby zgasła. Wstała wolno, podeszła do ołtarza i zdmuchnęła po kolei wszystkie dwanaście świec. Strzepnęła z płachty płatek kwiatu...
Bladoróżowy płatek viss sfrunął na ziemię i opadł na kamienną posadzkę.
Blady róż.
Viss.
VARDA!
Usiadłem.
-Co zrobiłaś?- zapytałem cicho.
-To, co było konieczne.- odparła, nie patrząc na mnie. Bladoróżowy płatek viss. Viss. Bogowie.
Ale to... to niemożliwe. Nie ona, na by nie umiała... Chociaż, jak się głębiej zastanowić... Ale to przecież jest bez sensu!
Bladoróżowy płatek viss stanowił dowód.
Królowa odwróciła się i spojrzała na płatek. Zmrużyła oczy. Róż rozpłynął się w czerni i została z niego tylko kupka popiołu. Potem spojrzała na mnie.
-To, co było konieczne.- powtórzyła. Głos jej drgnął.- Umierałeś, Nevan.
-Zabiją cię...
-Nikomu nie powiem. Ty przecież też.
-Ale...
-To jest kaplica Arienn, Nevan.
Och. Tłumione echo. Rozumiem.
-Ale ja dalej nie rozumiem.
-Pojedziecie nad morze.- powiedziała, ignorując mnie.- Gdziekolwiek będziesz chciał, nawet na Wyspy. A o tym incydencie zapomnij. Jak najszybciej zapomnij.
-Ale Vardo... Ty i... Ty i Czarna Magia?
Spojrzała na mnie szybko, potem popatrzyła na ikonę bóstwa.
-To, co było konieczne, Nevan.- powiedziała ze smutkiem w głosie.- To, co było konieczne.
komentarze [1]-You're dying.
wtorek, 7 listopada 2006
20:55:12
Noc. Ciemność. Cisza, podkreślona odległym szumem rozmowy strażników i kapaniem wody. W kącie gromadzi się kałuża, na ścianach wykwita saletra i sól. Lodowatą kamienną posadzkę pokrywa jedynie garść drobno poszatkowanej słomy.
Wszystkie stawy bolą, gorączka rozsadza skronie, irytujące kapanie rozlega się w obolałej głowie strasznym echem. Nawet przyciskanie do uszu poranionych do kości dłoni nie pomaga. Słychać. Echo. Wszystko słychać.
Płuca ogarnia ogień.
-Variel! Variel, obudź się!
Z trudem otworzyłem posklejane oczy. Zaniepokojone oczy Lilii wpatrywały się we mnie niemal ze łzami.
-Bogowie... Variel... Eee. Nie patrz za siebie.
-Dla...- kaszlnąłem.- Czemu?
-E, no. Nieważne. Uhm. Śniło ci się coś?
* * *
Czuję się potwornie. I ciągle kaszle. Włóczę się po domu z termometrem i pokasłuję. Fatalnie.
Kaszlnąłem w dłoń. Popatrzyłem na palce.
-LILIA!!
-Stało się coś?
Pokazałem jej rękę. Ledwo spojrzała i odwróciła wzrok.
-Co to jest?- zapytałem niemal łagodnie.
-Krew, Nevan.- powiedziała chłodno, ale głos jej drżał.- Jako wojskowy powinieneś to zauważyć. I powinieneś chyba wziąć te swoje chemie.
* * *
Przyjechała Varda, blada, drżąca i wyraźnie wystraszona. Chyba Lilia ją zawiadomiła przez to jej zwierciadło, bo się natychmiastowo zamknęły w gabinecie Arinae. Nie podsłuchiwałem przez szklankę. Nie musiałem. Po pierwszych dziesięciu minutach krzyki Vardy było słychać na dole.
-No przecież mogłam zauważyć! Bywał w Pałacu, nie? Ile już tak kaszle?
Super. Mowa o mnie.
-ILE?!
Cisza, cichutki szum szeptu Lilii.
-Ach, jaka idiotka ze mnie!
Cisza.
-No, jak to?! U was tego nie ma?- cisza.- Szczęściarze. U nas była kilkadziesiąt lat temu potężna epidemia. Co? Nie, nie. I to jest w tym najgorsze. Na grypę tak, ale nie na... Lilka, ty kpisz czy o drogę pytasz?
To mnie zdenerwowało. Wstałem i poszedłem do nich.
Łomotnąłem drzwiami o ścianę. Varda podskoczyła, jakby się mnie nie spodziewała. Lilia siedziała z opuszczoną głową, wpatrzona we wzorzysty dywan. Królowa wyprostowała się, odgarnęła włosy, wkręcone w srebrną plecionkę na jej czole. Fioletowy oczy błysnęły dziwnie.
-Skoro to coś mnie dotyczy, może byście raczyły także mnie poinformować, co się ze mną dzieje?- wywarczałem. Varda oparła dłonie na biodrach.
-Mam być szczera?- zapytała, nieco wyższym głosem niż normalnie.
-Tak.- skinąłem głową. Ona westchnęła, spojrzała na milcząca Lilię, wyraźnie próbującą powstrzymać łzy.
-Umierasz.
* * *
-Ostatnio bardzo schudłeś, masz gorączkę. Kaszlesz krwią, wiem, że nie możesz w nocy spać. To znaczy, że już jesteś chory, bardzo chory. Gruźlica to straszna choroba, nie muszę ci o tym mówić, prawda? Musimy cię stąd zabrać. Najpierw do Pałacu, na cztery tygodnie leczenia antybiotykami Thei, potem do kurortu nad morze. Inaczej nie przeżyjesz. Gruźlica zjada płuca... udusisz się. O ile można tak powiedzieć.
-Nie ma innego sposobu?- zapytała Lilia, siedząca na oparciu mojego fotela i opierająca dłoń na moim ramieniu. Varda skinęła głową.
-Jest. Sześć tygodni zwykłymi antybiotykami i grota solna tu, w Lann. Ale to rozwiązanie dla biedoty, a Nevana stać na najlepszą kurację, jaką tylko Threaten wymyśli.
Obie spojrzały na mnie. Potrząsnąłem głową.
-No, to chyba nie mam wyboru.- powiedziałem żałośnie.
-A, jeszcze jedno.- Varda uniosła palec do góry.- Lilio, ty jesteś mieszańcem. Wybacz, ale muszę cię od niego odizolować.
-Co?!- Arinae zerwała się. Varda spojrzała na nią spokojnie.
-Nie wiem, czy ty się od niego nie zarazisz.- powiedziała spokojnie.- Ona ma gruźlicę płucną, zaraża. Ja jestem odporna, raz, jestem mieszańcem ras elfich, dwa, byłam szczepiona, i to wcale nie tak dawno.- potarła ramię.- U nas będzie na oddziale zamkniętym, dostęp będzie miała tylko Threaten, dwie Uzdrowicielki, ja i Ethell... Nie wiem, czy ciebie też nie zarazi. Pojedziesz jutro do Pałacu, sprawdzimy to.
Lilia schowała twarz w dłoniach. Milczałem.
Varda dotknęła mojego ramienia.
-Jakoś to będzie.- uśmiechnęła się.
Spojrzałem na nią.
-Idź się pakować.
komentarze [1]